poniedziałek, 18 sierpnia 2014

I

   Harrison

   To była jedna z tych okropnych, uporczliwych nocy, kiedy wszelkie próby zaśnięcia kończą się fiaskiem. Pomimo swojego zmęczenia rzucasz się z boku na bok, a myśli szalejące w twojej głowie nie pozwalają ci na odpoczynek. Harrison szczerze tego nie cierpiał. Jedyne czego pragnął po całym dniu spędzonym na wyczerpującej harówce, to jak najszybciej zasnąć, by móc zebrać siły na następny, identyczny i równie ciężki dzień. Sen był dla niego nie tylko wypoczynkiem pod względem fizycznym, ale przede wszystkim psychicznym. Odskocznią od rzeczywistości, chwilowym ukojeniem. Te kilka godzin, podczas których twój umysł pogrąża się w nieświadomości, pozwalając człowiekowi odetchnąć i oderwać się od swojego pospolitego, szarego życia. Ilekroć Harrison zastanawiał się nad sobą i stojącymi przed nim perspektywami, jedynym właściwym wyjściem wydawał mu się skok z mostu. No bo właściwie po co to wszystko? Kiedy mimo tego że istniejesz, to tak naprawdę nie żyjesz? Równie dobrze można było uczynić to prawdą. I tak nikt by za nim nie tęsknił.
    Tej nocy jego myśli szczególnie mu się naprzykrzały. Był tak zmęczony, że powoli zaczynała ogarniać go wściekłość. Patrząc co chwila na stojący na szafce obok łóżka zegarek, miał ochotę krzyczeć. Mijające minuty pozbawione wyczekiwanego snu wydawały mu się godzinami, choć w rzeczywistości czas płynął tak szybko, a noc nieubłaganie zbliżała się ku świtowi. Kolejny pieprzony dzień dołączy do reszty równie pieprzonych dni w jego obszernej życiowej kolekcji.
   Zrobiło mu się niedobrze. Zrzucił z siebie kołdrę i poszedł do łazienki przemyć twarz zimną wodą. Wiedział, że prawdopodobnie w ten sposób rozbudzi się całkowicie, ale nic go to nie obchodziło. Był pewien, że dzisiaj i tak już nie zaśnie.
   Wrócił do pokoju i zrezygnowany opadł na łóżko. Leżał tak przez parę minut, zastanawiając się, jak spędzić resztę tego parszywego wieczora, aż w końcu podniósł się i sięgnął po butelkę wody, którą zawsze trzymał przy łóżku. Pociągnął długi łyk, czując, jak rozkosznie zimny płyn rozlewa się po jego wnętrzu. Odłożył butelkę i wziął do ręki telefon - swojego starego i porysowanego Samsunga, który ledwo co jeszcze pełnił swoje funkcje. Denerwował go powolny system i pęknięty ekran, do czego sam zresztą doprowadził, ale nie potrzebował nowej komórki. Nie było nikogo, z kim mógłby porozmawiać, robiąc z tego kawałka złomu choć trochę użytku. Obracał nim chwilę pomiędzy palcami, po czym westchnął i położył go z powrotem na szafce.
   To nie tak, że Harrison był sam. Każdego dnia otaczało go wiele ludzi. Kilku z nich mógł nawet określić dumnym mianem swoich przyjaciół. Chociaż może przyjaciele to nieodpowiednie słowo w jego przypadku. Raczej znajomych. Jednak bycie samemu to coś zupełnie innego, niż bycie samotnym. A Harrison był samotny właściwie od zawsze.
   Dla postronnych obserwatorów mogło się to wydawać wręcz absurdalne. Miał przecież pozornie szczęśliwą rodzinę – ojca, matkę i dwóch braci. Standard ich życia może nie plasował się na wysokim poziomie, ale Harrison nigdy nie mógł narzekać na brak czegokolwiek. Był zdrowy, nie chodził głodny, brudny ani źle ubrany. Jednak to nie o spełnianie fizjologicznych czy materialnych potrzeb tak naprawdę chodziło. Harrison od małego czuł się wyobcowany. Nie był podobny do żadnego członka swojej rodziny, zarówno z wyglądu, jak i z charakteru. Wszyscy sądzili, że jest dziwny. Wszyscy mówili, że „on tu nie pasuje”. Często podsłuchiwał rozmowy rodziców, kiedy ich znajomi przychodzili w gości – żartowali, że Harrison musiał zostać swoim rodzicom podrzucony albo podmieniony na porodówce. A rodzice Harrisona śmiali się razem z nimi. Na co dzień próbowali zamaskować wszystko sztucznym uśmiechem i bezsensownymi rozmowami o niczym. Cała ich uwaga skupiała się na Charlesie i Marku, młodszych braciach Harrisona. Bo oni byli normalni, oni mogli w życiu do czegoś dojść, czegoś dokonać, coś osiągnąć. Harrison do dziś miał wrażenie, że już za młodu spisano go na straty. Patrząc z perspektywy czasu, właściwie się temu nie dziwił. On też sam już dawno postawił na sobie krzyżyk.
   W szkole nigdy nie miał zbyt wielu kolegów. Nawet uczniowie plasujący się najniżej w szkolnej hierarchii nie chcieli mieć z nim nic do czynienia, a on sam wcale nie starał się tego zmieniać. Przyzwyczaił się do takiego obrotu rzeczy i w zasadzie nie był już pewien, czy w ogóle zależało mu na tym, żeby coś jeszcze dla kogoś znaczyć. Na przerwach pałętał się samotnie po korytarzach, będąc pod ostrzałem zniesmaczonych spojrzeń, podszeptów i chichotów. Nie przejmował się tym, po prostu tak już było. A przynajmniej do czasu, aż poznał Lisę.
   Na wspomnienie dziewczyny jego twarz chwilowo rozjaśnił uśmiech, który zgasł równie szybko, jak się pojawił. Lisa Carlsson. Pojawiła się w szkole w połowie pierwszego semestru; nie była tutejsza. Przeprowadziła się do Cowes ze Szwecji, czemu Harrison nie mógł się nadziwić. Szwecja wydawała się mu być odległą, piękną mrzonką, niemalże baśniową krainą. Nie potrafił zrozumieć, co mogło skłonić Lisę do przeprowadzki jego zdaniem w tak ograniczone, nudne, małe miasteczko jakim było jego rodzinne Cowes. Później odkrył, że to przez wzgląd na ojca Lisy, który został tutaj przeniesiony z powodu spraw biznesowych, jakiekolwiek one były. Nigdy nie dowiedział się, kim z zawodu byli rodzice dziewczyny, ale zdawał sobie sprawę, że ich praca wymagała częstych wyjazdów i zmian miejsc zamieszkania. Mimo to Lisa nie wyglądała na zrozpaczoną z tego powodu. Wydawało się, że będzie jej ciężko zaaklimatyzować się w zupełnie nowym otoczeniu, a okazało się być wręcz odwrotnie. Lisa była pogodną, towarzyską dziewczyną, której po prostu nie dało się nie lubić. Angielski miała opanowany niemal perfekcyjnie, może jedynie słychać było ledwo wyczuwalne naleciałości z jej rodzimego języka, co jednak wszystkim wokół wydawało się urocze. Szybko zjednała sobie całą szkołę, chociaż jej zachowanie świadczyło o tym, że wcale jej na tym nie zależało. Lisa po prostu taka już była.
   Jakby tego było mało, los obdarzył ją nieprzeciętną urodą. Długie, gęste jasnoblond włosy wprawiały w zazdrość niemal każdą dziewczynę ze szkoły, choć w jej obecności nie dawały tego po sobie poznać. Miała mlecznobiałą cerę i duże, 
okalane pasmem długich, czarnych rzęs, piękne oczy w kolorze morskiego błękitu.  Zawsze biło z nich ciepło i niespotykana żywotność. Mały, zgrabny nosek, ozdobiony gromadą uroczych piegów i pełne usta, nieodmiennie rozciągnięte w promiennym uśmiechu. Nie było w Cowes High School chłopaka, który nie robiłby do niej maślanych oczu. Ale Lisa nigdy nie poświęcała żadnemu z nich więcej uwagi, niż było to konieczne. Tym dziwniejsze dla Harrisona było jej zainteresowanie jego mierną osobą. Była to ostatnia rzecz, której ktokolwiek w całej szkole, a nawet poza jej murami, by się spodziewał. Sam Harrison nieraz zastanawiał się, czy to aby na pewno nie jakiś głupi żart ze strony jego szkolnych prześmiewców, albo piękny sen, z którego niedługo się obudzi i powróci do koszmarnej rzeczywistości.
   Początkowo obserwował ją ukradkiem, mając nadzieję, że niczego nie zauważy. Okazało się, że zauważyła od razu. Kiedy podeszła do niego po raz pierwszy, nie wiedział jak się zachować. Gdy spytała o jego imię, zaskoczony nie odzywał się przez dobrą minutę, zanim zdołał wykrztusić z siebie cichą odpowiedź. Początki ich znajomości nie były łatwe - Harrison rzadko się odzywał, ciągle nieprzyzwyczajony do tego, że ktoś naprawdę ma ochotę z nim rozmawiać, ale Lisie wydawało się to ani trochę nie przeszkadzać. Czekała cierpliwie, a jej konsekwencja przyniosła niespodziewane skutki. Harrison zaczął się otwierać. Po kilku tygodniach stali się już prawie nierozłączni. Harrison jeszcze nigdy nie był tak szczęśliwy jak w tym okresie. Nie liczyło się dla niego nic poza Lisą. Gdyby tylko wtedy wiedział, co czeka go później, nigdy w życiu nie pozwoliłby na to, by choć trochę zbliżyć się do Lisy Carlsson.
   Oparł głowę o wezgłówek łóżka i zamknął oczy, starając się odgonić bolesne wspomnienia. Nie chciał teraz do tego wracać. Nie po raz kolejny. Musiał wreszcie zamknąć za sobą ten etap, ale nie było to takie proste, jak mogłoby się wydawać.
   Ostatnio myślał o tej dziewczynie coraz częściej, a przecież minęło już tyle czasu. I wcale mu się to nie podobało. Działo się tak pewnie dlatego, że teraz Harrison pozostał już całkiem samotny. Jedyną osobą, która wydawała się go kiedykolwiek rozumieć, była właśnie Lisa. To przede wszystkim jej zawdzięczał to, że się nie poddał, co miał ochotę zrobić już wiele razy. Uwierzył, że może jednak jest coś wart, pomimo tego, że wszystko i wszyscy sądzili inaczej. To ona wnosiła do jego szarego życia choć trochę światła. Jedynie przy niej pozwalał sobie na szczery śmiech, którego teraz tak bardzo mu brakowało. Drugą rzeczą, która kiedykolwiek sprawiała mu radość, była jeszcze muzyka, ale to też musiał porzucić. Nie miał innego wyboru.
   Harrison właściwie nie do końca był świadomy momentu, w którym stał się tak sarkastyczny i zgorzkniały. Wydawało się to jednak być dobrą ochroną przed przedostaniem się kogokolwiek pod twardą skorupę obojętności, którą wokół siebie wytworzył. Nie chciał drugi raz spoufalać się z kimkolwiek, bo wiedział, jak bolesne mogło nieść to ze sobą konsekwencje. Jedyne czego chciał, to zapomnieć.
   Otworzył oczy i spojrzał na zegar. Wybiła szósta rano. Dokładnie za dziesięć minut powinien zadzwonić jego budzik. Dźwięk, którego szczerze nienawidził i który każdego dnia przypominał o czekającym go koszmarze.
   Podniósł się z łóżka i ociężale ruszył do kuchni. Nie był głodny i dalej odczuwał lekkie nudności, ale wiedział, że przyda mu się jakiś posiłek po nieprzespanej nocy. Wywalą go z roboty, jeżeli nie będzie się dobrze sprawował. Na stoczni nikt się z nikim nie cackał. Ronald Jickson, jego szef, nie był typem człowieka, który brał pod uwagę coś tak błahego jak ludzkie problemy. Twoja praca nie przynosi oczekiwanych efektów, to wylatujesz. Proste.
   Harrison wyciągnął z górnej szafki miskę, wsypał garść płatków kukurydzianych, które wyglądem przypominały wióry i wlał trochę mleka z lodówki. Jadł co rano ten sam zestaw, do tego jeszcze spora kromka chleba z masłem i dżemem truskawkowym. Nie lubił zmieniać swoich przyzwyczajeń.
   Po śniadaniu wstawił miskę do zlewu i położył ją na reszcie sterty piętrzących się tam już od kilku dni brudnych naczyń, ale po raz kolejny odstawił zmywanie na później. Mieszkał sam, w końcu mógł robić co chce. Wrócił do sypialni i wyciągnął z szafy jedną z czystych koszulek, przypominając sobie jednocześnie, że powinien zrobić pranie. Ubrał ją przez głowę, nie zastanawiając się nawet nad tym, czy będzie mu pasować do reszty stroju. Harrison już dawno przestał przejmować się swoim wyglądem, poza tym w robocie i tak to nikogo nie obchodziło. Pod koniec dnia i tak kończyłeś upaprany pyłem, smarem albo innym paskudztwem. Strój roboczy niewiele pomagał.
   Wróciwszy do kuchni ponownie sprawdził godzinę. Szósta czterdzieści osiem. Zostało mu więc jeszcze jakieś dwadzieścia minut. Umył zęby, po czym klapnął na kanapę w salonie, jeżeli salonem można było nazwać zagracony mały kącik przy kuchni, pełniący równocześnie rolę jadalni. Stara, spłowiała sofa, mały stolik i dwa krzesła, oczywiście tak na wypadek jakiegoś niespodziewanego gościa. Harrison prychnął pod nosem i włączył telewizor. Stare pudło, które jakimś cudem pozwalało na odtwarzanie kilku podstawowych programów, jeżeli ustawiło się antenę pod odpowiednim kątem. Tym razem obraz zaskoczył od razu. Najwyraźniej to musi być mój szczęśliwy dzień, pomyślał kpiąco. Ale już za chwilę ironiczny uśmieszek zniknął z jego twarzy.
Zza ekranu telewizora, swoimi świdrującymi błękitnymi oczami, które rozpoznałby wszędzie, patrzyła prosto na niego Lisa Carlsson.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy